WIECZNOŚĆ CYBORGA
Biały obelisk lśni pośród czarnej nocy
Na platformie, pod którą trwają umarli
A obok dziecko-cyborg leży bez mocy,
Przez ludzi, którzy życie śmierci wydarli
Stworzony. W hołdzie cywilizacji dany
Będący odwiecznym marzeniem ludzkości,
Symbolem potęgi. Przez wszystkich kochany
Zatapia swe cierpienia w ludzkiej miłości.
Cyborg czuje, żyje
Wie, że jest wieczny
Przed nim nie ukryje
Się nic, jest bezpieczny.
Jest szczytem istnienia
Ostatnim etapem
Ludzkiego dążenia
Nad życia pułapem.
Będzie trwać, gdy cały wszechświat minie, zgaśnie
I mózg jego wierci
Cierpienie, bo wie on, że gdy ludzkość zaśnie
Nie zobaczy śmierci.
2.
REINKARNACJA
Zmęczony, z garbem żywota
Dochodzę do rozstajnych dróg
Czekam aż śmierć mnie omota
I przekroczę wieczności próg,
Przymykam powieki i wiem,
Że zaraz nadejdzie koniec
I już noc nie stanie się dniem
Bo dadzą mi śmierci wieniec.
Ubiorą mnie w białą szatę,
Posadzą przy stole wieków
Wdzięczne za cierpień utratę
Zaśpiewam pieśń s chórem ptaków,
Jak długo szczęście może trwać
Dusza znudzona słodyczą
Nie zechce więcej dobra brać,
Zaśpiewa ziemi z goryczą.
Hymn o potędze miłości
Ciągłym do szczęścia dążeniu,
Które istnieje w wieczności
O sztuce i jej tworzeniu.
Odrzucą znudzoną duszę,
Która do ziemi powróci
Znów się urodzę, bo muszę,
Z duszą, co z życiem się skłóci.
3.
WIZJA III – PRZEMIJANIE
na dnie mego serca
jasny promyk słońca
kogoś poznałem
na coś czekałem
czułem jej dotyk
muśnięcie warg
bicie serca
dłonie się splotły
usta zetknęły
spojrzałem za siebie
pod drzewem przydrożnym
ujrzałem starą kobietę
była biedna zgrabiona
czas na jej twarzy
wyrył cierpienia
lata minione
do ziemi ją przygniotły
kiedyś kogoś kochała
kiedyś była kochaną
teraz w sercu ma pustkę
czas wszystko zaciera
goi rany i studzi uczucia
jak woda wymywa ludzkie pragnienia
zapał wygasa
serce twardnieje
więc śpiesz się
zatrzymaj miłość
odwróciłem się
i wszystko minęłi
ona odeszła
wiatr zatarł jej ślady
w ręku została mi tylko
róża mokra od łez.
6.
WIZJA V – POSZUKIWANIA
biały ocean rtęci
na nim papierowa łódka
a w niej ja
żeglując po metalowym morzu
samotnie szukam nowej idei
myśli przewodniej życia mego
wszystko co osiągnąłem
okazało się kaprysem dziecinnym
miłość była igraszką niewinną
nienawiść chwilowym smutkiem
zostawiłem dzieciństwo na lądzie zielonym
w pogoni za dojrzałymi latami
przemierzam świat ludzi dorosłych
świat sztuczny
zapatrzony w siebie
gdzie wzajemne stosunki
opierają się na konwenansie
ludzie mijają się
zamknięci w sobie
dbający tylko o siebie
niczego nie widzą
niczego nie słyszą
a może nie chcą widzieć i słyszeć
jak ziemia drży w wyścigu światów
nie mogę dopłynąć di brzegu
łódź moja w wir wpadła
rtęć ją zalewa i wciąga w głąb morza
nie mogę dopłynąć do celu wędrówki
tam gdzie na świat przyszedłem
muszę głowę moją złożyć
zamknąć powieki
i usnąć snem wiecznym
a może jednak odnajdę siebie
zbuduję dom na morzu wzburzonym
chociaż dom mały niewielki
fundamentem będzie prawda i miłość
jednak na razie walczyć muszę z żywiołem
wśród myśli i tęsknot
czuję że rtęć mnie przenika
tak wiem
muszę czuwać
bo gdzie magnes przyłożą
tam pójdę
za mnie zdecydują
co robić mam
kogo kochać mi wolno
kogo nienawidzić muszę
i już nie będę sobą
tylko narzędziem
wznoszę me żagle czym prędzej
aby chwycić ostatni powie wiatru
do brzegu
prędzej
dotrzeć i stanąć na gruncie zielonym
wpuścić korzenie w nową ziemię
pokochać kogoś
zrozumieć kogoś
i zacząć życie od nowa
z nadzieją że do celu już blisko
osiągnąć szczęście
dając szczęście innym
jeśli zobaczysz człowieka drugiego
który cierpi pragnie
podaj mu rękę
pomóż mu w drodze
bądź tym
który w martwym ciele
życie odradza
spójrz prawdzie w oczy
nie bój się dobra
odrzuć przynętę co kusi
wierz tylko w siebie
i na sobie polegaj
bądź przyjacielem
a przyjaciela znajdziesz
widzę że łódź moja
zbliża się do lądu
gdzie życie nowe i piękne
już wkrótce osiągnę cel
zaufaj sobie
czekaj
8.
UCZTA
Na płaskim, zielonym stole
Złote jabłko się rumieni
Ale wnet zniknie z zieleni
Bo zjedzą je głodne mole.
Tak piękno istnieć przestanie,
Ucztę dokończy robactwo
I zleci się jeszcze ptactwo
Lecz z jabłka nic nie zostanie.
Patrzymy ślepo przed siebie
Żywiąc się rajskim owocem
Liczymy gwiazdy na niebie.
To, co nie dla nas, chwytamy
Nie rozumiejąc, z pośpiechem
Ideał z błotem mieszamy.
10.
WSPOMNIENIE
Pamiętam! Byłaś blisko
Gdzie teraz jesteś? Szukam cię.
Ja pochylam czoło nisko,
Przed tobą upokarzam się.
Pamiętam! To było lato.
Przyszłaś, zdziwienie i miłość.
Nic nie poradzę na to,
Że ty zostawiłaś nicość.
Pamiętam! Nasze wieczory
Spędzone przy muzyce dusz
Cóż, nastąpił czas pokory.
Czy nie kochasz mnie już?
Pamiętasz miłości chwile?
To tylko teraz mi się śni
Czas minął spędzony mile.
Czy to już koniec? Powiedz mi!
11.
NA GRANICY LUDZKIEGO POZNANIA
Ciągle dalej i wyżej;
Pragnę dotrzeć do Słońca.
Być tajemnicy bliżej
Pnąc się drogą bez końca.
Sam wśród gwiezdnych przestworzy
Nie czuje się samotny.
Myśl odbicie me tworzy
Tak myśl – sługa przewrotny.
Czuję w pustce kosmosu
Drżenie konia czarnego.
Wyłania się z chaosu
Na tle świata pustego.
Wciąż dalej wzrok mój sięga
– Na gwiezdnych polach pusto.
Nawet moja potęga
Nie tchnie sił w gwiezdne miasto.
Moje uczucia zanurzam
W ocean blasku światła.
Swoje cierpienia przedłużam
– Topi się myśl wyblakła.
21.
MIŁOŚĆ ŚWIATA
Tam gdzie myśl dotrzeć nie może,
Gdzie wszechświat się kończy cały
Jest miłość, na dnie, w jeziorze
Snów, zaklęta w kamień biały.
Uczucia pełne jezioro
-To potęga, która burzy
Fundamenty zła. O zmoro
Ludzka! Tobie nic nie służy.
Ty Boga z tronu zrzuciłaś
W proch się rozsypała wiara.
Szczęściem i dobrem wzgardziłaś
Zginiesz! Nadejść musi kara.
Bowiem, gdzie nie ma miłości,
Tam wszystko marnieje, ginie.
Miłość jest znakiem ludzkości,
Którą śmierć i zło ominie.
Gdy nie ma miejsca na Ziemi
Na strach i ludzkie czułości
– Miłośc w kamień się zmieni
W kosmosie szuka wieczności.
15.
JA I NIC
życie ludzkie
krucha nić pajęcza
chce dotrzeć do ludzkiego wnętrza
zbadać tajemnice istnienia
poznać prawidła tworzenia
słowa poezji nawlec na nitkę
i zawiesić na szyi płonącej żyrafie
w czarnej ziemi
wzgardzona odrzucona
na proch starta
ludzka głowa
myślenie dążenie tworzenie
o ziemi
dla ziemi
o człowieku
dla człowieka
przeciwko człowiekowi
na pustyni
wśród piasków
stoi studnia
bez dna
pełna w pustce
jak czas w przestrzeni
wszystko to teraz
widzieć słyszeć czuć
miecz się wznosi
platforma podjeżdża
z sześcianu robi się kula
doskonałość
ideał
pęka strumień światła
tam było wczoraj
tu jest dziś
nie to nic nie ma
ze cieniem nicość
obraz się tworzy samoistnie
to podświadomość maluje
życie
śmierć
takie prawo
ktoś umarł
aby żyć mógł ktoś
nie ma jutra
nie ma wczoraj
teraz teraz teraz
nigdy jutro
nigdy wczoraj
w bańce mydlanej
oddech nicości
to jeszcze nie pustka
pustka to ja
nie ma przestrzeni
nie ma czasu
tylko ja
siedem smoczych głów
na siedem pierwszych dni
dla kogo
po co
nie dla mnie
w kręgu słońca
ciepło dnia i zimno nocy
deszcz i susza
gdzie jest koniec
w pustce
drogą przez bramy szaleństwa
w nicość
za dnia śmiech
nocą płacz
istnieć dla samego siebie
nikomu nie służyć
bez celu
bez idei
bez życia
ja
16.
CZY WIESZ
trzymać rękę na pulsie życia
wsłuchiwać się w brzmienie ciszy
być jednym z wielu
schwytać światło w dłonie
wyśnić ciepło z deszczu
śpiewać o czasie i przestrzeni
przeżyć jeszcze jeden dzień
podążać śladami królowej wiosny
sprzedać jutro z chwilę trwania
zerwać kwiat jednej nocy
uderzyć w struny wiatru
spojrzeć na nagie skały
to potrafisz
a czy wiesz
że krew ma kolor czerwony
22.
WYBRK NATURY
czterdzieści cztery dni i noce
zapatrzony stoi
w tępy kwadrat
geometryczna przestrzeń
pobudza wyobraźnię
rozdarte myśli zadają pytania
drzewa złamane w perspektywie
rzucają wrogi półcień
widzi kształty innych spojrzeń
słyszy oddech wulkanu
niezdarnie podnosi rękę
odmierza czas dźwięków
skryte posągi wspomnień
miażdżą soczystą ciszę
czuje bicie serca czasu
paradoks siódmego pokolenia
wyrzuca z kręgu cynizm
stoi i patrzy
luminescencja białych kamieni
wskazuje drogę ku przepaści
przepaść to brak gruntu
słowa to egoizm
próbuje schwytać światło
płaska kula toczy się
jak kwadratura koła
zagojone rany znów krwawią
w oddali ujrzał spadającą gwiazdę
to nie sen ona jeszcze świeci
gdzie jest przód a gdzie tył
gdzie jest góra a gdzie dół
przestrzeń wypełnia cały kąt widzenia
otoczenie to czternasta mutacja
czy to szok
to po prostu
wybryk natury
25.
KURACJA
dwie wypukłe części
rozmazane w deszczu
bez oddechu
rubinowe ciała trzech księżniczek
wymyśliły koszmar nocy bezsennej
widok
puste pole
diabelski splot uczuć
korzeniami do góry
trzy drzewa
jak trzy dusze samotne
sterczą na widnokręgu
niebo styka się z ziemią
opada przebite trzema kikutami
zesztywniałymi swoją głupotą
we własnym bezsensie absurdu
przed strachem zapatrzone
z bezmiar i ogrom
wznoszą swe martwe członki
ku niewidomym bezgwiezdnym obłokom
dni całe ogłuszone pieśnią ciszy
wymyślają błazenadę
pustych skojarzeń rzeczywistości
dla rozbitych chwil
brak czasu na drzemkę
w zadumie uśmiecha się
wewnętrzna potrzeba
reprodukcji umysłowej
do dna
wypić
nie stoczyć się
narkotyk zmieszany z kwiatem
radośnie zawoła
że życie jest piękne
to tylko moment
dłużej płonąć będzie szał
oto nadzieja
skazani na zmrok
wymyśleni przed czasem
z wadą z usterką
z życiem
pchani przez czas
w trybach egzystencji
poznajemy smak istnienia
prędzej obudzi się mgła
świt już czeka
zerka z oddali jasny dzień
wychwala radość swego bytu
w odrobinę przykrótkich spodniach
spożywa tylko suchy trzask
krzyk zza progu
uśmiech wisielczej paranoi
uboczne skutki zdobytej wiedzy
trwanie w absurdzie
przywilej braku kojarzenia
rozmyślania na chudym koniu
jak jeździec czujemy
ze grunt pod stopami umyka
zawieszeni w próżni spoglądają
i dziwią się
bo to tylko potrafią
rozpacz nie ma sensu
bo sens nie ma sensu
spójrz na swe drewniane dłonie
opatrzność czuwa
tak płonie twe serce
i tyle dymu
spłoniesz nie zrozumiesz
prawa które każą czekać
na następną bezsenną noc
wiatr od czasu do czasu
ostudzi krzywe zwierciadła
w krwawym pędzie
nie wie że litość
ma na imię dlaczego
korowód zdarzeń
zaczerpnie powietrza
wyliczą swe przywileje
ci co pierwsi poznali
domy bez okien
brak wszelkich motywów
radośnie każe im ufać
w końcu i ty
poznasz drogę bez końca
raz jeden poznało szczęście
że miejsca dla niego nie ma
i uschło z tęsknoty
miłość ubrała czerwoną nocną koszulę
i błyszczy jak zachodzące słońce
zbyt rozpaliła się w sobie
i skonała z pragnienia
dobro chciało wejść
przez dziurkę od klucza
ale przeciąg był zbyt duży
i zmarło na suchoty
nadzieja kreśliła na piasku
krzywą linię
nadpłynęła fala i zatarła wszelki ślad
ktoś jeszcze się uśmiecha
to idea szczerzy zęby
których szkorbut jeszcze nie zżarł
wiara poczuła że jest samotna
z rozpaczy powiesiła się
gdzieś w górze wysoko
i dynda teraz bosymi stopami
cisza jak sparaliżowana
nieruchomo leży na plecach
ciemność spogląda ze strachem wokół siebie
nabrzmiałymi i sinymi oczami
od czasu do czasu
ciałem jej wstrząsa
seria drgawek
czy to już wszystko
nie
jeszcze pustka biega w gorączce
i stroi głupie miny
28.
KOŁO FILOZOFICZNE
patrzę
ale niestety nic nie słyszę
wymiecione myśli
krzyżują potęgę informacji
wznoszę ręce do góry
ręce które więdną
zbliża się zima
czas ni e potrafi czekać
długie kroki mieniące się światłem
szybują ponad ciałem
szukają tego który umarł
wyrosło szczęście w miejscu
uświęconym pieśnią głuchych
wydęte usta siną barwą
powleką cześć idei
krzyk zmiłowania pędzie pod niebem
i tłucze się w klatce myśli
za czarną plamę
za alarm ciszy
za bieg światła
pójdą zabijać strwożone ciała
białe bez krwi
bez ducha żywe
tak wyciekła z nich wiara
jak z długich nocy
sączy się cisza
ktokolwiek przyjdzie przed czasem
zza bariery wyniesie oko
zobaczy ze blade twarze
więdną jak ręce
które czcić nie chciały
upada wiara
w sens abstrakcyjnych rozważań
30.
ADORACJA PUSTCH SKOJARZEŃ
atmosfera ptaka kołyska
warunek życia
w bezimiennym ruchu pokoleń
zielona ziemia
pokryta sinymi plamami
jak gnijące jabłko
oddycha coraz ciężej
jaki jest kształt powietrza
kropla po kropli
za moment za górą
zwilżają usta które zaśpiewają
o słońcu i niebie
zamieszkać chcę w chmurze
i patrzeć jak woda dojrzewa
w błękicie znajdę ukojenie
wiatr ostudzi pragnienia
jasny umysł pozwoli uwierzyć
że każda chwila trwa wiecznie
zimne mrzonki wygasają
rzeczywistość krzywa chora
jak umysł marszczy się
ubiorę kapelusz
siądę na stole
zamknę oczy
i klasnę w dłonie
napuchną czy nie
zdrowy jak tysiąc decybeli
w przestrzeni rozbiję ciszę
wrząca woda
dreszczem gardłowym
usypia patetycznie marchewką
czerwona dumna to korzeń
złudzenia wypłyną na powierzchnię cieczy
pęcherze nie chcą żyć
chciała marchewka skontaktować się
z absolutem
a może mi się zdawało
pójdę ugotować się
pływać brzuchem do góry
jak ryba
której znudziło się ciążenie
kuliste dźwięki
trzecia synkopa
akord
zaduma białe myszy
duże czerwone gałki oczne
strach jak doświadczenie drży
na nic opór
spreparuję się
ach gdyby w chmurze
głupi wyplują dźwięk deszczu
tak to najlepsze
usta spięte agrafką
jak fortepian drżą muzyką
zdanie o koniu
schowane w białej kopercie
będzie śnić w błękicie
ulicznica na bruku odpoczywa
żadna praca nie hańbi
kartki w kalendarzu
bzdura w imaginacji
egzystencja
głowa wyrosła w doniczce
hodowla kobiecych rąk
prywatne sprawy odstających uszu
rogi
czaszka
grzebień który pogniewał się
na łysych
i marzenia o błękicie nieba
bezdech nieustannych poszukiwań
rozkojarzonych absurdem bytów
marzenie o cichym szumie wodospadu
kolor oczu i pieśń czarny
wybuchy pocałunków czerwony
zemdlała wyobraźnia zielony
korale na szyi
białe anioły
surrealizm
31.
PSYCHICZNA KATALEPSJA
duma człowieka
zjawia się cicho jak niebo
nieoczekiwanie upływa
a może rośnie zawsze
na polach charakteru biednych
lubię łąki zielone
i mechaniczne ptaki
głos metalowy opętał ducha
idę po śniegu
skrzypiącym jak andruty
długie pola wymyślają
dalekie pola
sina dal jak ślimaki przestrzeni
wbijają swe paznokcie o oczy
kolory bledną z każdym krokiem
przybity smutkiem idę po śniegu
białym jak noc w południe dnia
i znów te kroki
skrzypią jak świeże andruty
krok za krokiem
coraz dalej i dalej
jak rok długie jak rok krótkie
to tylko percepcja
somnambulizm
32.
CZEKAM NA WIOSNĘ
czekam na wiosnę
czasem wybiegam boso
i zrywam metalowe gwoździe
ze smutnych drzew
stoję w kącie
i wącham kaczeńce
srebrne jak monety
nic się nie zmienia
wszystko stoi na jednej nodze
czekam na wiosnę
usta zwilżam pragnieniem
wkładam ręce do kieszeni
taka tam pustka
jak w mej głowie
nie ma pustki
w dłoniach mam słowika
nie odleci ode mnie
jest martwy
ale to nic
jest mój
tylko mój
nie jestem wcale samotny
brakuje mi tylko żyletki
ostrej stalowej żyletki
mógłbym nią wyciąć
z powietrza siną dal
patrzę na nowy krajobraz
i czekam na wiosnę
chcę włożyć na głowę
koronę ze stokrotek
i usiąść pod zielonym drzewem
dlaczego ten dzień tak boli
to jeszcze jeden klocek
do gry w domino
bawię się zapałkami bo mi zimno
a ogień nie chce mnie kochać
woda jest we mnie
jestem mokry
mokry od ciężkich łez
ja nie płaczę
ja się śmieję
i czekam na wiosnę
tylko usta nie mogą się wykrzywić
śmieję się łzami
zmienia się moda
och jak ona krzyczy
ciągle woła i jednym
o jednym bucie na jedną nogę
powinno się stać na jednej nodze w kącie
i czekać na wiosnę
33.
JUŻ CZAS
łapię cię za cień
i wyciskam jak cytrynę
bo rozdmuchać zimny wiatr
rozkładam ręce w nocy
to kolor oczu kłamie
sam smak ust nie wystarcza
chcę więcej
wypowiedzieć twe imię
o wodzie zapomnieć
już czas
ponownie to przemyśleć
moment nieuwagi
i myśl jest zgubiona
spójrz w niebo
zobaczysz nowy dzień
na supeł związany
krzyczy że boli go głowa
nogi puchną jak ciasto drożdżowe
już czas
płynąc pod prąd
w suchej bezimiennej czci
jedyna odpowiedź
głuchym echem dudni
w cembrowanej studni
a czas miniony
niech idzie już spać
idę do sklepu
po nowe spojrzenie
po gruszki bez imion wyśnionych
już czas
35.
MY WCIĄŻ IDZIEMY
myślisz że wiesz
że trzeba słów na nowe
odchylenie od normy
które wytycza bezdroża bez słupów
czy ty zdajesz sobie sprawę
ze swój pustej przestrzeni
ty wiesz że ja nie śpię
kiedy ty stoisz na słupie
wbitym w krwawą koszulę
czerwoną jak sok pomidorowy
to nie jest moja wina
ze droga jest długa bez końca
czas nie ma znaczenia
bo to nasze śpiewanie udaje życie
szczęście jak dobrobyt w trampkach
z długimi warkoczami
i cieniem na powiekach
ty nie musisz uczyć się
wszystkiego od nowa
idziesz ze mną
pod rękę
po długich
nie kończących się wierszach
znasz cel naszej wędrówki
w głąb nieznanego bezdroża
tam już nie ma kocich łbów
tylko sucha plazma
a w powietrzu dwa cienie
ja i ty
idziemy przed siebie
krok za krokiem
w marszu serce udają lokomotywę
stój zobacz jak płynie woda
twe włosy plączą się w mych ustach
jak alkohol i słowa
dlaczego jesteś przy mnie
wiesz że to czarne jest zielone
i niebo udaje karuzele
ty i ja
na huśtawce
w tę i tamtą stronę
czy może tam i z powrotem
nie udawaj że śpisz
idziemy razem
jesteśmy razem
pomogę ci
więc śpij spokojnie
38.
ONA CZEKA
swobodny delikatny powiew
obecność jego pozwala jej czekać
jeden dzień minął
a może już czternaście tygodni
ona wie że czasami stare przebrzmiałe rytmy
powracają i ogarniają świadomość
i czeka bo kiedyś przychodził
i składał suche gałęzie u jej stóp
to wspomnienie jest tak blisko
i wydaje się że on idzie
lecz to tylko cień pamięci
wbija swoje długie palce w oczy
i mami słodyczą dzikich roślin
tak suchych że martwych
jest samotna na pustej przestrzeni
smutna jak odległe domy bez okien
nie musi szukać nowego
stare wystarcza w zupełności
zacerowane wymyte i wyblakłe
czeka aż powracająca fala snu
przyniesie informację jak pestkę do wyplucia
kiedyś rosły drzewa i zielona trawa
jak chłopiec grała na skrzypcach
i było wesoło
brak poczucia winy
teraz na łysych śliskich głazach
spoczywają jej stopy
zimne w półmroku
i drżące jak struny w fortepianie
ona nie jest instrumentem klawiszowym
ani stołem i pięciu nogach
ona po prostu czeka
to tak łatwo wypowiedzieć
a trudno zrozumieć motywy działania
niebo ciemne i szare
zimno
czy ktoś wykręcił żarówkę
jej obojętne ciepło otoczenia
trwa w podnieceniu oczekiwania
wie że wkrótce on przyjdzie ponownie
a jeśli nie to ona pójdzie do niego
tam gdzie nikt nie mówi głośno
że on już umarł
39.
NIEREALNOŚĆ ODCZUWANEJ RZECZYWISTOŚCI
przychodzisz
nocą ciemną jak kałamarz
wchodzisz bezprawnie do snu
nawet nóg nie wycierasz
i jesteś
obecnością pustą
lecz jakże obecną
przychodzisz
bo jest ci dobrze
w świecie nierealnych marzeń
potrafisz kochać śmiać się
mówisz śpiewasz
tylko w nocy
tylko w białej pościeli
wypełniasz całą świadomość
i wydaje ci się
że pozostaniesz na wieki
lecz znikasz
wraz z otwarciem oczu
47.
MARTWE ŻYCIE
wczoraj
kupiłem kwiaty
na skwerze ulicznym
bez żadnej okazji
wsadziłem je do flakonu
chciałem patrzeć na nie
przez trzy dni
dzisiaj zwiędły
zaprzeczyły pięknu
swą krnąbrną postawą
48.
