CHWILA WYSOKIEGO LOTU

CZRANY PTAK

taki ptak czarny
z wielkim dziobem
jak flakon świeżych orchidei
taki czarny i wielki
jak bryła węgla
od kilku dni
krąży nad miastem
ludzie się tego boją
uczeni w piśmie powiedzieli
że przyleciał z gwiazd
dlatego też najodważniejsi
ubierają długie czarne płaszcze
wychodzą na wąskie uliczki
i przez szkła powiększające
obserwują przybysza
są zadowoleni bo coś się wydarzyło
że nie ma tej nudy
trochę strachu odmieniło
codzienny rytm rzeczywistości
szkoły zamknięto
dzieci mogą cały dzień
słuchać wiadomości w telewizji
i obserwować przybysza
nieco dokładniej niż ci w czarnych płaszczach
bo za pośrednictwem szklanego oka
powołano komitet
do spraw czarnego ptaka
przez megafony pytano czego chce
gdy padał deszcz
krople spływały mu po skrzydłach
i tworzyły tęczę
ludzie się bali jeszcze bardziej
widzieli kopułę przykrywająca miasto
przyjechało wojsko
próbowano negocjować
ptak wtedy wzbił się
prosto do słońca
i nigdy już nie przyleciał
a w mieści
zapanowała nuda
ten codzienny rytm rzeczywistości
i po tygodniu
już nikt nie pamiętał
czarnego ptaka
431.


 

TO

jeżeli ona przychodzi
i dotyka twarzy
a ty nie chcesz
nawet podnieść powiek
to już wchłonęło ciebie
jeżeli ona mówi
że tak cię kocha
a ty ze znudzeniem
zaczynasz czytać gazetę
to już koniec
może kiedyś i było inaczej
ale poznałeś to
i wyciekło trochę życia
nie chodzi o inna kobietę
to nie ma nazwy
to podchodzi do gardła
zalepia oczy i uszy
nie można tego
precyzyjnie opisać
to po prostu jest
432.


NIE DOKOŃCZONE

popiół spalonego papierosa
przypomina że byłeś
gdzieś obok
przesuwała się sylwetka
cieniem po ścianie
to była twoja obecność
trudno mówić
o pożegnaniach
o rozstaniach
trudno o tym pisać
a tak właściwie
to nic się nie wydarzyło
śnieg się nie stopił
nikt nie dotykał oczu
ruszyły pociągi
i samochody wyścigowe
życie pędziło dalej
przeznaczenie zwyciężyło
tylko trochę chce się płakać
bo echo tak jeszcze woła
piasku pamiętasz
i to wszystko
433.


BARIERA

nie tylko psychicznie chorzy
mogą latać jak ptaki
wystarczy wyjść na taras
spojrzeć w gwiazdy
i już pojawia się uczucie
że ciało odrywa się od ziemi
i unosi ponad miastem
ponad górami
szybuje się w lekkości i odprężeniu
nie ma zła
nie ma żadnych zmartwień
taki lot może trwać chwilę
może trwać i godziny
a potem
gdy siądzie się w ciemności na łóżku
chowa skrzydła w tajemnicy
pod kołdrę
i myśli o następnym locie
tylko że jest to trudniejsze
nie można latać bezkarnie
nie przekroczywszy bariery
gdy nie wierzy się całkowicie
a potęgę swoich skrzydeł
to lot kończy się tragiczne
przy najmniejszym zwątpieniu
pada się na ziemię
434.


 

O RÓŻY

rozdarta róża na strzępu
doczekała się rozkwitu
przyszło to niespodziewanie
bez żadnego ostrzeżenia
po prostu w południe
rozchyliła swe płatki
do maksimum
nastąpił cios
zbyt może cielesny
zupełnie jakby ktoś
uwziął się na piękno
umarła nieoczekiwanie
zamilkła jak
niedograna do końca symfonia
lub niedokończony wiersz
435.


 

PRZEBICIE

niby jest normalnie
zielone pole i kwiaty
jak perski dywan
spokojny i pstry
chińskie latawce
te smoki czyhają gdzieś obok
i naraz tak nagle
zaglądają prosto do wnętrza
wystarczy małe zawirowanie
jakaś dziura w ciągłości dnia
masywny wibrujący dźwięk
koła pęcznieją
wybuchając piekielną jasnością
następuje przebicie
nic nie widać
percepcja rozciąga się
do granic wytrzymałości
taka chwila czyni świat
nakładającym się pasmami
jak spektralne widmo
poznawalnym w świetle
nowego reflektora
to jest raczej stroboskop
wtedy słychać milion dźwięków
sypiących się jak nasiona klonu
to taka bomba
eksplodująca w czasie
bez czasu
teraźniejszość zostaje zdrapana
jak strup
i rośliny gniją
zresztą w takich chwilach
to nie ma istotnych cech
bo trzeba świętować
gdy promień pada
w spleśniałe dziury
jak więziona błyskawica
pokazuje upiorne oblicze
no a potem
znów jest normalnie
436.


TYMCZASOWE MIŁOŚCI

kochasz
może nawet bardzo
ale cóż z tego
sama wiesz
że to musi być
tymczasowe uczucie
że to za rok
trzeba będzie nazwać
przeterminowanym
i położyć na półkę
między książki
pluszowe zwierzaki
i odkurzać od czasu do czasu
to jest twoja kryształowa kula
będziesz przecierać drżącymi dłońmi
i widzieć w niej
nieco rozmazane
rozmowy
spacery
kawiarnie
restauracje
i …
będzie coraz trudniej
określić
daty
oczekiwania
miejsca
i …
będziesz to ukrywać
przed oczami głodnych wilków
gotowych rozszarpać
ten delikatny promyk księżyca
tak właśnie
teraz kochasz
może nawet bardzo
ale cóż z tego
z każdym dniem
kula będzie coraz mniejsza
i mniejsza
aż w końcu całkowicie zniknie
zostanie pusta półka
pokryta szarym kurzem
437.


PŁACZĘ

płaczę
łzami płynącymi jak rzeka
nastąpiła powódź
zerwane zostały wszystkie mosty
nie ma już połączenia
między mną a tobą
nie pomoże święcona woda
nie pomogą już
te święte łzy
438.


 

STUDIUM ZAMKNIĘCIA

regularność
podłość
lub coś w tym stylu
tyloma słowami
zostało określone studium zamknięcia
przywalono podłogę
maszynami cyfrowymi
to jest więzienie sztucznych umysłów
i to nazywa się psychotron
chyba już znam
gorycz syntetycznej świadomości
przecież sam nią jestem
i to nie jest już
żaden przypadek
istnienie wrosło w majaki
widzę jeszcze
siwiejące głowy
śpiewające języki
optymalnie zużyte
i cóż z tego
że nadchodzą cieplejsze
automatyczne dni
dla martwych dusz
439.


 

DZIECIŃSTWO

nad jeziorem
śpiewały ptaki
w jeziorze było niebo
w niebie pływały ryby

pamiętam tez obraz
w dzieciństwie biegłem na łąkę
siadałem na trawie
i modliłem się
byłem spokojny
nie miałem zmartwień
mogłem w każdej chwili
wejść do różowego lasu
i rozmawiać z różową mgłą

nadszedł taki czas
że wykryłem fałsz
i las jest zielony
a mgła niema i sina
nie wiedziałem co robić
ciało było cięższe
głowa ważyła tony
trzy wymiary brudziły ręce
popiół osiadł na szybie
tuż przed mym czołem
spotkałem nadzieję
stanęła w drzwiach
i przez chwile patrzyła na mnie
miała czarną sukienkę i biały czepek
a ja wiedziałem że jest to
siostra miłosierdzia
widziałem ją kiedyś
na obrazku
w takiej małej czarnej książce

potem wyciągnęła papierową dłoń
i powiedziała
że nie wszystko jeszcze skończone
że ktoś wrzucił słońce
do studni
ale to nic
jest inne słońce
i ona mi je pokaże

zaprowadziła mnie na łąkę
a ja nic nie widziałem
włożyłem głowę do ogniska
zapłonęła jak nowe słońce
i nie ważyła już tony

odzyskałem obraz dzieciństwa
mogę wchodzić do lasu
i rozmawiać z mgłą
tak jest do dziś
lecz nieco inaczej

nad jeziorem
nie śpiewają ptaki
w jeziorze nie ma nieba
w niebie nie pływają ryby
440.


 

PTAKI

zestrzeliłem ptaka
leciał zbyt wysoko
piął się nie wiadomo po co
ponad chmury

czy żałuję
nie istotny żal
wobec czynu
nie wypada mówić
o zbrodni
gdy zło jest względne

są tacy
co wronom obcinają skrzydła
jeśli ciebie to gnębi
to nie patrz w górę
za ścianą dyskutują
o niczym
chcą zrobić akademię
wycinają z papieru ptaki
i zmuszają je do lotu

szybowce są lepsze
z wiatrem kołują nad polami

a gdyby tak
zakuć się w zbroję
opuścić przyłbicę
nazwać metalowym
tylko że rdza
tylko chrzęst żelaza
a nie metalowy ptak

skały są potężne
a kruszą się jak zęby
które zżera próchnica
mech porasta
pajęczyna oplata dzioby

czy to jeszcze ludzie
czy motyle
które ktoś chciał
wypuścić na wolność

nikt do mnie nie strzelał
jeszcze nie urosły mi skrzydła
zresztą nigdy nie urosną
czy to kłamstwo
może zmyślona rzeczywistość

można też inaczej
wypić kawę
zjeść ciasto
dyskutować o niczym
i zmuszać papierowa ptaki do lotu
441.


PRZYZWYCZAJENIA

ludzie przyzwyczajają się
do swoich kalectw
przyzwyczajają się do siebie
wyciągają gorsze
na zasłużone uciechy
ludzie przyzwyczajają się
do bezsensu
i kochają bzdury

ona też o tym wiedziała
mogła opowiedzieć
gotyckim językiem
ideologiczną bajkę

to już nie kicz
to po prostu fajans

ludzie stoją u płotów
przyglądają się chciwie
dziewczęcym brzuchom
i odliczają dni

to podła dziwka
ale jej to nie przeszkadza
otoczenie już nie reaguje
ludzie przyzwyczajają się
również do dziwek

ludzie przyzwyczajają się
do ojczyzny
z zapominają sens patriotyzmu
polityka tylko brudzi im ręce

krytycy wszystko wiedzą
a ja nie dbam o krytyków
przyzwyczaiłem się do pisania
ważna jest impresja
i kilka zdań o niczym

ludzie przyzwyczajają się
do wielu rzeczy
nie słodzą herbaty
a zjadają tony cukierków

a są tacy
co zamykają się wieczorem
w toalecie
i czytają w ukryciu
współczesne wiersze
w politycznych gazetach

jedni przyzwyczajają się do brudu
inni przyzwyczajają się do czystości
przyzwyczajają się
do różnych miejsc
godzinami siedzą w parkach
obserwują spotkania kochanków

matki przyzwyczajają się
do swoich dzieci
dziewice przyzwyczajają się
się do swoich mężczyzn
neofaszyści przyzwyczajają się
do komunizmu

ale są też tacy
co nie mogą się
do niczego przyzwyczaić
443.


 

POWROTY

długo czekałeś na tę chwilę
bardzo długo
wydawało się że to wieczność
nie było fanfar
tylko cisza
wróciłeś do domu
próbowałeś się usprawiedliwić
nie było fanfar
tylko cisza
445.


 

RZECZ O SŁOWIE

ze słowem różnie bywa
czasami mówić się nie chce
w obliczu nowego
czarnego kosmicznego potwora
nakazane jest milczenie
i dziwny lęk
ściskający gardło
jak pętla z gwiazd
twój samochód legł
na przydrożnym słupie
czy za to bito po twarzy
nie powiedziano nic
klaskanie jak błyskawica
oświetlało noc
zostały ślady dłoni
na twych policzkach
ale czy już na zawsze
wypadły zęby na śliski bruk
dzwoniły przy tym
jak na pożar
płonęły latarnie
ale ty już tego nie widziałeś
nie można usprawiedliwiać
czyjegoś postępowania
gdy język przybito do ściany

spójrz na niebo
jak płatki kwiatów
rozwijają się słowa
o życiu
o szczęściu
nastąpił nowy okres
zniesiono ciszę
rozwiązano gardła braciom
śpiewa się teraz
żałobne hymny dla ciebie
pamiętasz gdy wynoszono
twoją trumnę
płakali nawet kaci
mówiono że byłeś taki młody

minęło siedem dni
można istnieć bez ciebie
ludzie po to wymyślili boga
aby go mogli obalić
któż teraz odpuści ci winy
któż szepnie przyjazne słowo

krótko i spazmatycznie
załkały przydrożne słupy
zapłakały blade latarnie
z kikutami rąk
zbudowano nowe większe słupy
i ponownie na czas nieokreślony
nakazano ciszę
446.


 

RADIOAKTYWNY DESZCZ

radioaktywny deszcz
niby poszum metalowych włosów
chciwie zmył brud z ciała
chemiczne łzy wypełzały z oczu
jak czarne pająki
i kreśliły bruzdy
po twarzy ubranej w pończochę
to była nowa maska
nauczyłeś się tańczyć na linie

radioaktywny deszcze
jak krew wypłukiwał
nory żebraków
zespalał w jedno
czasami ręce topiły się jak wosk
oczy po raz pierwszy
zaczęły widzieć w podczerwieni

radioaktywny deszcz
jak świece zapalał drzewa przydrożne
chemiczne łzy ponownie napłynęły
do oczu których już nie było

radioaktywne krople
chłodzą gorące usta dziewczyny
która w myślach
ciebie całuje
dopadła cię śpiączka
ołowiem napełniła głowę
chemiczny deszcz
ponownie zmył brud
z twoich nóg

unoszą się obłoki
jak dymy na kształt czynów
może to jeszcze są ludzie
a może już ludźmi nie są
447.


 

WRÓCIŁEM

jest tylko jeden kierunek
obok ledwie widocznych twarzy
po dywanie purpurowym
idą mężczyźni z tobołami
jak męczennicy przybici
ciężarem własnej winy
pękają kamienne kolumny
przy drodze wiodącej do świątyni
pod stopami wojowników
czy ty też do nich należysz
przyniesiono dary
złożono u stup posągu
ciężko zdobyty towar
bałwochwalcza cześć
rozgrzała serca
nawet najstarszych łowców głów
ciepłe dłonie spoczęły
na twarzach żon i matek
ten gest powiedział
szczęśliwie wróciliśmy z wyprawy
nie musisz się już bać
polowanie skończone
wszystkiego wystarczy
na czas nowych wschodów i zachodów
gdy zapadł wieczór
zapalono wielki ogień
dzieci z przerażeniem obejmowały
siwe głowy
i pytały co to znaczy
ta radość
to światło powodzenia
jest tylko jeden kierunek
do ziemi którą pielęgnuje
wybrana kobieta
za każdym razem
wraca się inaczej
matki tkają nowe dywany
by zwycięsko stąpać
po świętej purpurze
a jak ty wracasz
nisko kładą się dymy na horyzoncie
przypadkowo wybrany kierunek
jak ostry sztylet przebija serce
mające tyle siły
żeby się ciągle odradzać na nowo
mgła przylepia się do pleców
i gasi nadzieję
zgubiłeś się w gęstwinie lasu
twoi bracia grzeją dłonie
przy ogniu zwanym świętym
żona jak ty samotna
cicho płacze w cieniu
skromnego dachu
nikt nie zauważył tej małej straty
zdławiła gardła twoich braci
skromność lub duma
zamknęły się ustaw zazdrosnych
piach natarczywie
jak żmija wpełza do gardła
zmysły drażni
i syczy przeklinając
nie twoim już głosem
żona czeka i płacze
wierzy że wrócisz
może to kara
chciałeś władczym gestem
postawić stopę na świętym kielichu
chciałeś zdobyć jak najwięcej
cóż poczniesz buntowniku
wszak noc smaga ciało
jak bicze strachu
szeleszcząc w wybuchach
lękliwych rozterek
żona myślami kieruje twoje stopy
odgania nocnych drapieżników
spójrz blask
jak trzask bicza
wystrzelił w powietrzu
rozbił chłodny mrok
zalęgły się w duszy
kolce kłujące wnętrze
chyba to chwila
a może lata mijają
trzymają ciało w centrum
różowych eksplozji nieba
jak bezzębne gady
wysysają spokój umysłu
słońce grzeje tak mocno
jęki nieprawych uczynków
pulsują wokół oczu
wokół czasu
czy plujesz już krwią
pył osiadł na włosach
wiatr ciska popiół na głowę
cóż znaczy ten gest
to już chyba pięć lat
a gdzie talizman
dlaczego psy wymarły
wyschły wszystkie studnie
jak pterodaktyl z piskiem
przeleciał fałszywy obraz
to fatamorgana
a może sen kreślący napisy
na chłodnych nagrobkach
żarem spieczonych serc
nieskazitelnie czystym niebem
jak świętokradztwo wtargnęło
pragnienie śmierci
czy nie za wcześnie buntowniku
czy za darmo oddasz życie
od tego rozdwoiły się krzyże
ruszyły procesją do nowej krainy
drzewa zrzuciły liście
w obliczu łez
toczących się jak perły
po twarzy porośniętej mchem
czy tak płacze twa żona
wżerają się słone krople
w spękaną ziemię
która już nigdy nie da owoców
czy nigdy nie ujrzysz wielkiego ognia
wiesz tez krajobraz
już wcale nie rozdają świadomości
dwie głowy jak kule Syzyfa
toczą się przed tobą
ręka sięgająca do ziemi
chwyciła słoneczną koronę
za rzeką ujrzałeś aureolę
świętego ognia
złamał się sztylet
tkwiący po rękojeść
w twoim sercu

wróciłem z pustymi rękami
przyniosłem tylko siebie
448.


 

DESZCZ

ten dzień nieco smutny
rozdygotany w deszczu
jak dzban pełen modlitwy
wrzucił ciebie pośród chmur
deszcz pada na głowy
myje włosy
których coraz mniej
czy deszcze bolą
nakłuwają siną twarz
mokrą od łez
widzę twoją postać
uwolnioną id zgiełku
oplecioną aureolą
rozbitych kropel
uderzeniami rąk
podążasz do ściany
pod którą stoją
bogowie deszczu
czy słyszysz ten poszum
monotonnych oddechów
to coraz bardziej boli
to uderza
krople jak ostrza
zdradzieckich sztyletów
zadają ciosy znienacka
przez mgłę rozpaczy
przebija się sylwetka
opływająca deszczem
a może już krwią
z ust wypływają słowa
jak metalowe krople
cicho mówią
kocham
umierają po chwili
dotykające ziemi
chyba już nigdy
nie będzie słońca
tak daleko do błękitu nieba
daleko do domu
daleko do szczęścia
w obliczu szarości
kropel uderzających jak baty
zgasło ostatnie pragnienie
ciało owite mokrą peleryną
przybito do muru
wilgocią deszczowych kropel
449.


OKNO

wkradły się przez okno
rzeczywistości
spojrzenia chciwe namiętne
wypatrujące człowieka
uśmiech szydercze
jak muchy natarczywe
brzęczą wokół głowy
przyklejają się do ust
właściwie to nikt
nie potrafi zmienić biegu dnia
a ja chciałem
zanieść tobie garść spojrzeń
twarz przyklejona do szyby
nie reaguje na krzyk
znajome oblicza
nikną w głębi lustra
ktoś kto karać nie umie
wydał zbyt surowy wyrok
dwuznaczna dialektyka jawy
rozprzestrzeniona
w zamkniętym pomieszczeniu
zmyła sen o wolności
teraz to już nawet
marzyć się nie potrafi
okno ukazujące rzeczywistość
w swej samotnej
monotonii trwania
zapłakało
dwie rysy na szkle
dwie szklane łzy
z lekkim wyrzutem
zniekształciły przestrzeń
wprowadziły zmianę
lecz doznania
pozostały takie same
450.


MUSIMY BYĆ SZALENI

przyjacielu
musimy być szaleni
musimy wierzyć
że jutro będzie inne
że nas ono wybawi

zmaltretowane ciało legło
strzaskane na przydrożnej
latarni nadziei
w kadzidlanej mgle
unoszą się mary
na kształt rąk
szukających rozbieganych snów
powtarzane pragnienia
strzelają niczym race
w gorączce duszy
może to modlitwa

przyjacielu
musimy być szaleni
musimy zaufać marzeniom
które nigdy się nie spełnią

anioł
który wzleciał zbyt wysoko
spadł na ziemię
natchnienie go opuściło
teraz niosą go
na sztywnych ramionach
mnisi do świątyni
podmuch wysiłku
wykrzesanego ostatnią mocą
zgasił świece
które i tak się dopalały
złożono na katafalku
odbicie lotnej myśli
w mózg wbił się smutek
jak ostre igły jeża
ktoś zwalił się z nóg
nim dostrzegły go
oczy siostry miłosierdzia
porósł mchem

przyjacielu
musimy być szaleni
musimy nie widzieć
śmierci prześlizgującej się jak węże
między postaciami świętych
i tych najbardziej upadłych

to nie prawda
że zbliża się do nas
procesja cieni
ten legion pustych zbroi
rozwieszony na nocnych lękach
oprawcy przywiązali człowieka
do noszy
wnieśli do okratowanych białych pokoi
bez klamek

dlaczego spalono
wszystkie wróżki na stosie
przecież to nie suche liście

przyjacielu
musimy być szaleni
musimy wierzyć
w siebie
452.


 

WZLOTY

zażenowany płaszczyzną dachów
obserwuję miasto z lotu ptaka
staram się zrozumieć
domowe ognisko
ludzi chodzących bez celu
w różne strony
bolą plecy starców
pochylone w marszu nad trotuarem
siatka z kostką margaryny
postukuje głucho po bruku
z uporem i zawziętością
ciągnięta żylastą ręką
czy ci ludzie rozumieją
kształt zespolonych liczb
doprawdy dziwna to magia
nie mogąca wpędzić
zbyt mało abstrakcyjnych skojarzeń
w opuchnięte głowy
to jest proza życia
wypełniająca każdy zaułek
rozmazana na leniwych uliczkach
aż dziw bierze
że biją jeszcze
młode i gorące serca
które co wieczór
wzbijają się wysoko nad miasto
i lecą bez końca
453.


W PĘTLI

… szóste piętro
wysoki dom
góra
powolne opadanie
stopy spoczęły na asfalcie
ulica
zakręt w lewo
kilkanaście kroków
przeskok przez
rozdzielające się
szyny tramwajowe
jednym spojrzeniem
ścięty na ukos
miejski park
schody w dół
wejście do podziemi
labirynt
kilka kabin
upakowanych ludźmi
schody prowadzące
na powierzchnię
pokryte świeżą trawą
kościół podparty
starymi kobietami
wyrastającymi jak grzyby
przed mszą
potok ostrych kropel
świecona woda
małe szaleństwo
kąpiel
nagie ciała
posklejane jak landrynki
przeciągły szept
echo niosące słowa modlitwy
zaciemnienie
przesunęła się na kolanach
procesja
ulica
schody w górę
jasno
schody w dół
dom towarowy
kawa
wino
koniak
szaleństwo
na miarę
wielkiego dnia
stary odrapany dom
chłód
zawrót głowy
zapach odurzający
spychający w podświadomość
oczy zamknięte
gość z daleka
starzy znajomi
w nowych szatach
może ładunek
metalowego ptaka
ponowny zawrót głowy
coraz chłodniej
półmrok
zaciśnięte pięści
poczucie winy
zakręt w prawo
wyskok na ulicę
stopy oderwały się od asfaltu
powolne unoszenie się
góra
wysoki dom
szóste piętro
wysoki dom
góra
powolne spadanie
stopy spoczęły na asfalcie
ulica
zakręt w lewo
kilkanaście kroków
przeskok przez ….
445.


 

GRZECH PIEWORODNY

wypadłem z rytmu
w pełnym biegu
opuściłem pociąg
wypadłem na szyny
na oczach
zahipnotyzowanych przechodniów
na śmiech
jak na jarmark niczyich
ulicznych głosów
przetarłem ręką po metalu
to mogła być krew
albo odblask słońca
słońce w tym czasie
wpadło do lasu
zawiesiło się na gałęziach
to wina ewy
niosła słońce adamowi
potknęła się i wypuściła je z rąk
ręce uschły
stąd właśnie
tyle czerwieni przed zmrokiem
wypadłem z rytmów dnia i nocy
za trzymany w biegu
przytłoczony oddechem
nie pytam dlaczego
role rozdano
a ja otrzymałem
pusty zapis słowny
nie wiem od czego zacząć
dialog ze śmiechem
dialog ze śmiercią
platon umarł
a ja nie potrafię tak przemawiać
wpadłem w pustkę
w źle skrojonym ubraniu
nie mogę
ze stoickim spokojem
i magią pewności
wyjść z cienia
postoję z boku
popatrzę
poczekam aż przyjedzie dźwig
i wyciągnie słońce z lasu
458.


 

DRZEWO ŻYCIA

na żółtym pustkowiu
postawił stopy
długowłosy zdradzony
przez jakiś tam cel
zapuszcza korzenie
wrasta w ziemię
niegościnna okrutną
za placami
wydarzyło się nieszczęście
szubienica zemdlała
gdy ujrzała skazańca
lub rodziców
leżących w cieniu
uschłego drzewa
maltretowani są wszyscy
matka i ojciec
córka
nieco dalej z boku
ustawili się kaci
w kolejce czekają na pracę
panuje bezrobocie
pustkowie już nie takie puste
a on wrasta coraz głębiej
w żar spieczonych dusz
wypalonych genialnych natchnień
w kanale został
poszum bezlitosnej próżni
a on
przemienił się
w drzewo
pierwsze zielone drzewo
pustynnej przestrzeni
462.


 

KTO ZROZUMIE

kto zrozumie
rozbłysk gwiazdy
jednej pośród miliona
kto zrozumie
jej migotanie
w rozrzedzonym powietrzu
kto zrozumie
jej upadek na ziemię
465.


 

JESTEM

będąc podczas wielkiej burzy
brzozą bezlistną
wierzbą płacząca
będąc przywódcą ślepych
będąc okrzykiem głuchych
będąc kwadratowym kołem
będąc niczym
jestem ciągle sobą
467.


CHODŹ ZE MNĄ

słońce zaszło za horyzont
rytuał za chwilę się odbędzie
nieco dalej za miastem
kasandra siedząca
na wypłukanych głazach
rozpoczyna swoje
przedziwne opowiadania
kobieto ty to naprawdę lubisz
kobieto chodź ze mną
chodź
zmęczone kości składają
przy ogniu
dwie łzy ciekną z oczu
gdy patrzę na ten wieczór
wysoki jak ciemna wieża kościoła
kobieto podążaj za mną
nie potrzebuję pochwał ani modłów
jedynie kilka słów pocieszenia
patrzę na ludzi
znikających za swoim cieniem
czuję ciało
jakbym wypił czerwone wino
znam drogę
mogę pokazać ci
w świetle księżyca
dzień który dawno utopił się w morzu
kobieto chodź ze mną
podążaj za mną
bezgwiezdne niebo
ciemna plaża
czarna biblia
wymywane przez fale
napisy kreślone nie wprawioną ręką
kobieto chodź ze mną
pokaże ci jeszcze coś
tam są ślady
człowieka który odszedł w morze
by przyprowadzić słońce
jutro rozświetli ono
rozciągnięte na piasku
nasze ciała
475.


TRWAŁOŚĆ PAMIĘCI

rozumiem zmiany
których nie ma
drzwi otwierane na oścież
świst kuli w powietrzu
chodźcie tu wszyscy
wy nieznani i znani
mistrzowie i niezdary
posłuchajcie chrobotu serca
w skostniałej piersi
podejdźcie bliżej
nie znam waszych imion
nie będę zadawał wam pytań
chcę zobaczyć ludzkie twarze
po prostu
są taki chwile
gdy człowiek wzywa człowieka
by nie być samotnym
477.


DOBREJ NOCY

śpij
dzień się kończy
ja się kończę
jeszcze jeden
ptasi lot
jeszcze jedna
myśl
jak rzeka
rozlała się
po bieli pościeli
wokół śniegu
z poduszek
to tylko sen
więc śnij
o mnie
jeszcze jeden raz
że droga daleka
że powściągliwy list
że wypełniam się
w twoich dłoniach
przyciskam ciało
śpij spokojnie
jeszcze nie muszę odchodzić
jeszcze nie przyszedłem
486.


ŻOŁNIERZE

żołnierze
przestańcie bawić się
w wojnę
bo odleci od was
gołębica
a przybędzie czarny kruk
i będzie szła za wami
śmierć
w takt uderzeń werbla
479.


 

NOWA WIOSNA

zazieleniły się drzewa
dla nowych dni
odradzających się
po ciężkiej chorobie
ubyło nas wielu
rzeka zabrała przyjaciół
mamo jak teraz wyglądasz
nie trzeba płakać
nie powrócą dzieci
które opuściły dom
przed samą burzą
ojcze gdzie jesteś
przetoczyły się kamienie
po miastach
po lasach
bracie czy chodzisz jeszcze
do szkoły
wyrzucono meble
zburzono dom
to miejsce
wspomina młoda trawa
i pierwsze stokrotki
480.


 

WOŁANIE

kosmiczna pustynia
pola obsiane pyłem
lęk i radość
przerażenie i głośny śpiew
wybuchy nowych gwiazd
powstało życie
życie zgasło
mgławice i galaktyki
przyjacielu
gdzie jesteś
przez otwory
nowej rzeczywistości
sączy się moje wołanie
jak krew z ran
wspomnienia
dalekich podróży
jedyna myśl
rozłupana jak orzech
nasienie
przebite promieniem
kurczy się
przy absolutnym zerze
przyjacielu
gdzie jesteś
482.


POWROZY JAK WŁOSY

powrozy skręcone w warkocz
oplotły szyję
zaciągnęły ciało pod mur
przesuwam palce
po sznurze
badam pętlę
plecy zjednoczyły się
z chropowatą ścianą
nie ma drżenia w przestrzeni
nakłuwanej igłami mocarzy
pojawia się między chmurami
młot kruszący przeszłość
ty który kierujesz
uderzeniami teraźniejszości
daj mi kilka słów
połóż na rękach
przyklej na czoło
bym przestrzelił powrozy
krępujące czyn
marazm weź
to ostrzeżenie
potem wybuchy ciał
czy balonów nabrzmiałych nienawiścią
a jeżeli nastąpiła taka słabość
że anemiczne myśli
pełzną w piachu
jak rybie oczy
to strzel powrozem
skręconym w warkocz
prosto w duszę
i przerwij ten sen
nie mogący się prześnić
483.


 

DO CYTADELI

czyżby czasy
miały się wypełnić
wydaje się
że gdy patrzę pod słońce
w oddali słyszę
płacz i ciche wołanie
bezbronni przybici
do własnych krzyży
usychają w gasnących
promieniach wolności
alegorie kształtów
alegorie słów
alegorie naszych ciał
muzyko ty tego nie wypowiesz
serce pokryła gruba skorupa
nieczuła na ostrze strzały
pragnącej rozbudzić
uczucie buntu
takie są nasze czyny
jak słowa głuche
monotonne
skrzypiące
niczym metalowe
wrota więzienia
ale w końcu
staniemy twarzą w twarz
będziemy wspólnie
łamać kraty
484.


PUSTE COKOŁY

to co kiedyś było białe
zmieniło kategorię
myśli odpłynęły
na nieskończone pola truskawkowe
deszcz z włosami
czarnej dziewczyny
rozmył postumenty
pomniki budowane od dzieciństwa
na ruchomych piaskach
nie wytrzymują krytyki
pękają pod wpływem spojrzenia
plasteliną zalepiane
pęknięcia i rysy
przywołują muchy
które obsiadają
sztuczne ciało
człowieczeństwo postawione
na postumentach
płacze wraz z czarną dziewczyną
chorzy w pośpiechu
zdobywają trofea
kolekcjonują sukcesy
budują pałace
dla swoich celujących ocen
człowieczeństwo odpłynęło
w niemym szumie
wparowały niebywałe osiągnięcia
zostały tylko
puste cokoły
485.


 

STARY CZŁOWIEK

stary człowiek
siedzi na ziemi
oczy blade dalekie
ukryte przebiegłe
obraz dzieciństwa
za daleką mgłą
stary człowiek
dotyka ziemi
przenosi ciężar ciała
na ręce
pełznie do świątyni
po rozgrzanej ziemi
swym dalekim biciem
wzywa go dzwon
wybuchło lato
jego ogarnęła zima
chciałby jeszcze być
gdzieś daleko
stary człowiek
prowadzi ostatnią walkę
a kilka chwil
które zatracają się
na żółtej pomarszczonej twarzy
stary człowiek
jest jeszcze silny
ale powoli zabiera się mu życie
stary człowiek
jest potulny
nie płacze
stary człowiek
pada na betonowym
placu dzieciństwa
stary człowiek
usypia
489.


 

NIE ZATRZYMUJ MNIE

nie zatrzymuj mnie
gdy koń mknie
zdany na wiatr
to nic że piekło
nie zatrzymuj mnie
w połowie drogi
ten koń szalony
prowadzi moje włosy
pod osłoną czarnej peleryny
gwiaździste kopyta
przetapiają pustynny piach
w gorącą lawę
jest jedno miejsce
gdzie pękają serca
jak bańki mydlane
wraz z oddechem
wzlatujące w nicość
przecz z ręką
która utonęła we mnie
przecież piekło
jest też dla ludzi
nie zatrzymuj mnie
491.


 

ZREDUKOWANE NATCHNIENIE

blask świecy
pulsujący dążeniem
podczas wzlotu
rozdęty megalomanią
poddał się drżeniu rąk
pociemniał i zgasł
regres
wyznaczył drogę
do stabilizacji
492.


ZALEPIANIE GODZIN SEKUNDAMI

rozplanowany program dnia
godzina wbita w godzinę
niemożliwe jest wykrojenie
małego otworu
dla jeszcze jednej osoby
rama dwudziestogodzinnego cyklu
wrzuciła ponad czas
sylwetki wbite w oczekiwanie
nie doszło do zjednoczenia umysłów
tej doby nie spotkali się poeci
piszący białe wiersze
494.


 

POTRZEBA CZARÓW

płatny czarowniku
przełam nieczułość
wpuść pod swój dach
małego poetę
nie użalaj się nad nim
stwórz dla niego
w ciągu siedmiu dni
nowy świat
by mógł nazwać
nierdzewnymi głoskami
prawdę
spokój
człowieka
495.


 

PRÓBA POJEDNANIA

na krańcach mostu
zawieszonego nad
rzeką nieskończoności
stanęli diabeł i anioł
twarzą w twarz
nienawiścią w miłość
opuszczone skrzydła
spękane rogi
spojrzenie chybiło
słowa nie dotarły do uszu
ręce wyciągnięte na powitanie
uschły
496.


 

CIĄGLE W POCHODZIE

nie ma ruchu
a odbywa się
mistyczny pochód cieni
w mistycznym świecie
ulice zatłoczone
ludzie wymyśleni
place zapełnione
papierowymi żołnierzami
cylindryczne komory
zamykają własność prywatną
panuje wokół nadrealność
jak brzęczenie owadów
to miasto jak
nieludzkie kretowisko
zmusza do refleksji
blask gazowych latarni
przypomina szczekanie psów
cienie prą przed siebie
nie nikną w świetle
szeroko otwartych okien
chłód nie mistyczny
aż nazbyt realny
jak mgła rozciągnięta
między szklanymi domami
prowokuje do wyznań
jaką kategorię
posiada mistyczne
nadrealne zło
czy wymyślony głód
spowoduje pęcznienie brzucha
retoryka pytań
jest zbyt normalna
by wierzyć
że świat nie jest światem
że człowiek nie jest cieniem
497.


 

POSZUKIWANIE MISTYCZNEGO CELU

trzeba było zdać się
na los
rzucono kości
na cztery strony świata
jeden poszedł w góry
drugi poszedł w morze
trzeci poszedł do miasta
czwarty został
na swoim miejscu
przy rodzicach
żaden nie znalazł
swojego celu
czterej wprawni wędrowcy
czterej silni mężczyźni
żaden nie sforsował bariery
za którą hodowano
rajskie owoce
499.


 

HEJ WĘDROWCZE

hej wędrowcze
skąd przybywasz
dokąd idziesz
usiać z nami
na chwilę
opowiedz o tym
co widziałeś
i co jeszcze
chcesz zobaczyć
rozwiąż swój tobołek
pokaż trofea
które zdobywałeś
z ręką uniesioną jak błyskawica
my jesteśmy nieświadomi
tego co się wokół dzieje
nie potrafimy zmienić
krzywdzących praw
jesteśmy młodzi
chcemy wysokiego lotu
chcemy być na górze
ciągle na górze
a wymuszone spojrzenie w dół
zapiera dech
odejmuje pragnienia
jak palące świece
wtopione w ręce
hej wędrowcze
opowiedz nam jeszcze
o szczęśliwych miastach
o dobrych planetach
powiedz gdzie jest
takie miejsce
w którym życie
daje miłość
hej wędrowcze
poszlibyśmy za tobą
ale nasze więzy
łańcuchy stabilizacyjne kable
przytwierdzają nas do podłoża
stąd czerpiemy energię
nie stać nas na zmianę planów
na zmianę rytmów
to jest przestrzeganie przepisów
tu się rozpoczęło
i tu się musi skończyć
nie stać nas na ciągłe
poszukiwanie własnego ja
pogodziliśmy się z myślą
że jesteśmy tacy
jacy jesteśmy
że nie będziemy tym
czym nie jesteśmy
hej wędrowcze
opowiedz nam jeszcze
jak ludzie potrafią być
dobrzy
jak ludzie potrafią być
podli
rozgrzej ręce przy ogniu
i nim odejdziesz tam daleko
daj nam kilka
cennych uwag
w jaki sposób
trwając w zamkniętym kręgu
można przebić wzrokiem
skorupę mieszczańskiego egoizmu
hej wędrowcze
a gdy pójdziesz daleko
wspomnij nas
którzy budują dzień powszedni
podtrzymują stała przeciętną
500.


 

BĄDŹ ZE MNĄ

spróbuj być ze mną daleko
spróbuj nie opuszczać mnie
skoro ja nie potrafię
dać ci mojej obecności
może ty potrafisz
być cały czas we mnie
spoglądaj moimi oczami
na nieprzytulny świat
samotnych serc
501..


 

POSTRZAGNIE NOWEJ RZECZYWISTOŚCI

nie przejmuj się tym
że kałuże pozostają
po deszczu
że wstydzisz się
patrzeć w górę
wolisz ze spuszczoną głową
małymi krokami
dreptać w koło
wyłączona percepcja
wyłączone pragnienie
bunt który zanikł
już tak dawno
spokój i posłuszeństwo
rozsądek lub nakaz moralny
właśnie te kałuże
małe dziury w świecie
pozwalają zobaczyć to
co nad tobą
dostrzec ptaka
wzlatującego do niebios
to pergamin ludzkich ciał
którym zostałeś omotany
dobrze że świat jest światem
a nie zamkniętą książką
i to o jest niemożliwe
wybucha w najmniej
oczekiwanym momencie
502.


POCZUCIE WINY

pędzące żywioły
śpiewają cierpieniem
kalwaria
góra śmierci
góra życia
zadrżał czarny ksiądz
schował siebie
pod sutannę grzechu
przyłbica opadła
skruszona dusza
poczęła modlić się
do własnej namiętności
503.


 

ŚWIADOMY PRZEROST FORMY NAD TREŚCIĄ

udajemy
szpanujemy naszą inteligencją
jak sznur
jak drut stalowy drżący
by pokazać jak można
z nami rozmawiać
jak można elokwencją
sztucznych słów
doprowadzić do mistrzostwa obłudy
w doborze wyrażeń
branych wagowo
oceniać drugiego człowieka
na dalszy plan spada
zdobywanie nowych informacji
o zjawiskach trwających
odwiecznie
504.


 

SAMOSPALENIE REZULTATEM WEWNĘTRZNEGO ROZDARCIA

samospalenie
jest rezultatem
niespełnionego pędu życia
niech żyje światło
niech żyje księżyc
nich żyje noc
adoracyjnie rozklekotana
pęczniejąca cisza
przeciągły gwizd pociągu
szczekanie psa
drzewa stworzyły się samoistnie
duch wykluł się
z bańki mydlanej
wskoczył w człowieka
człowiek powielił swój gatunek
na milionowej matrycy
rozdrażniony zakłamany
wycisza własne dzieło
strwożony brzmieniem ołowiu
zamykam na klucz
mój biały betonowy schron
nie myślę o samospaleniu
505.


 

TY

perła
kolaps grawitacyjny
czcigodna pustka
trumienki z wiszącymi koralikami
u podnóża góry
szumiący śmich
zapomnienie
słowa balsamujące
kojąco wpływające
na myśli
jasne samopoczucie
jeszcze jedno słowo
zostało przy mnie
jak drżenie ust
ty
506.


NIETOPERZE

te nietoperze
przyleciały tak nagle
spod samego księżyca
gdy jego leniwy blask
liznął kościste skrzydła
palce zlepione błoną
nietoperze
zaczęły wtapiać się
w głowę
skrzeczały piszczały
drażniły ultradźwiękami
moje kończyny
jak nowe nietoperze
latały w ciemnościach
szukały miejsc
gdzie można
zwisnąć głową w dół
i spojrzeć odwrotnie na świat
ciekawie
tak przewróciło się niebo
te nietoperze
sprowokowały mnie do wyznań
sprowokowały do rozmyślań
o wierze
te nietoperze
przyleciały tak nagle
wbijały się w oczy
w uszy
słyszałem nietoperze
widziałem nietoperze
sam stałem się
wielkim czarnym
nietoperzem
510.